Dlaczego powstało to miejsce?
Wszystko zaczyna się od marzenia, które przez długi czas nosi się w sobie, zanim odważy się je wypowiedzieć.
Tak było z naszym domem.
Najpierw była myśl o domu w górach. O miejscu, do którego można przyjechać, otworzyć okno i zobaczyć coś więcej niż codzienność. O miejscu, w którym jest cisza, przestrzeń i czas, którego nie trzeba gonić. Z czasem pojawiła się myśl druga. Skoro powstanie dom, może warto otworzyć go także dla innych. I tak zaczęliśmy marzyć o domu, do którego mogą przyjeżdżać goście.
W 2010 roku znaleźliśmy tę ziemię. Nie była pierwszą, którą oglądaliśmy. Były inne miejsca, może nawet bardziej oczywiste. Ale kiedy przyjechaliśmy tutaj, poczuliśmy, że tym razem nie trzeba już dalej szukać. Były Trzy Korony, przestrzeń, cisza i widok, który zatrzymuje człowieka na dłużej.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, jak wtedy wyglądało to miejsce. Nasz dom był jedynym na końcu ulicy Zamkowej. Nie prowadziła tutaj żadna wygodna droga. Była polna, błotnista, po której nie zawsze łatwo było przejechać.
Byli za to ludzie.
Życzliwi, pomocni, tutejsi. Wielu z nich pomogło zbudować nasz dom. I chyba właśnie dlatego od początku nie był on tylko budynkiem, który po prostu stanął na działce. Willa Grywałd nosi w sobie pamięć marzeń, pomysłów, życzliwości i pracy wielu ludzi.
Chcieliśmy, żeby dom był mocny i prosty. Żeby miał w sobie góry — drewno, kamień, góralski charakter — a jednocześnie nie był kopią żadnego innego domu. W środku miał być współczesny, prosty i minimalistyczny.
Dużo rzeczy powstawało dokładnie tak, jak sobie wyobrażaliśmy. Niektóre trzeba było wymyślić od początku.
Tak powstała nasza parzenica.
Nie jest kopią gotowego wzoru. Została wymyślona specjalnie dla tego domu. Ma w sobie coś z góralskiej tradycji, coś z Tatr, coś z Pienin, ale przede wszystkim jest znakiem tego miejsca.
Z czasem zaczęła pojawiać się w różnych zakątkach Willi — na balkonie, na serwetach, w detalach.
Stała się naszym symbolem.
Kiedy ją widzimy, wiemy, że jesteśmy u siebie.
W 2012 roku, w naszą dwudziestą rocznicę ślubu, została położona najważniejsza belka - sosręb. Została na niej wyryta data. Rok później przyjechali pierwsi goście.
I wtedy dom, który przez długi czas był naszym marzeniem, zaczął stawać się także miejscem. Miejscem, którym można się podzielić.
Od początku bardzo zależało nam na jednym. Nie chcieliśmy stworzyć przestrzeń, w którym tylko się śpi. Chcieliśmy, żeby można było tutaj naprawdę zostać.
Dłużej.
Bez pośpiechu.
Żeby rano nie trzeba było zastanawiać się, co zjeść.
Żeby można było usiąść przy śniadaniu, wypić kawę i patrzeć na góry.
Dlatego śniadania przygotowujemy takie, jakie sami chcielibyśmy dostać — z sałatkami według naszych pomysłów, ciastami pieczonymi na miejscu, lokalnymi produktami i świeżymi oscypkami od gospodyni z Grywałdu.
Chcieliśmy też, żeby po śniadaniu nic nie trzeba było.
Żeby można było za to usiąść na leżaku i patrzeć na Lubań.
Wąchać lawendę.
Słuchać brzęczenia owadów.
Rozpalić wieczorem ognisko.
Obserwować sowy, które niekiedy przysiadają na naszym ogrodzeniu i patrzą na człowieka wielkimi oczami.
A kiedy pada deszcz, można po prostu otworzyć okno.
Słuchać.
I zasnąć.
A zimą wszystko tutaj cichnie jeszcze bardziej.
Jest też ktoś, kto od lat jest bardzo ważną częścią tego domu.
Monika.
Dla wielu naszych gości stała się kimś więcej, niż osobą przygotowującą śniadania. Ma w sobie coś, co sprawia, że chce się tutaj wracać. Czasem dla gór, czasem dla ciszy, a czasem po prostu po to, żeby znów ją spotkać.
I może właśnie dlatego, kiedy nasi goście pytają: „Skąd się wzięło to miejsce?” nie zawsze odpowiadamy od razu.
Bo historia Willi Grywałd nie zaczęła się od pomysłu na pensjonat. Zaczęła się od marzenia. A marzenie znalazło swoje miejsce. A potem wydarzyło się coś, czego nie da się zaplanować: miejsce znalazło ludzi.
Dlaczego właśnie tutaj?
Na to pytanie można odpowiedzieć słowami.
Ale można też przyjechać.
Zobaczyć Trzy Korony z okna.
Usiąść wieczorem, kiedy słońce znika za górami.
Posłuchać świerszczy.
Otworzyć okno, kiedy pada deszcz.
Zjeść śniadanie bez pośpiechu.
I zostać trochę dłużej.
Może wtedy odpowiedź przyjdzie sama.
Zapraszamy.
Nie tylko na noc.
Na chwilę oddechu.
Edyta i Michał Dąbrowscy
